„Nie przeczytałem, podpisałem” – ile naprawdę wart jest ten argument?
„Nie przeczytałem tego dokumentu przed podpisaniem”.
To zdanie, które pada zaskakująco często w sporach budowlanych.
Problem w tym, że dla sądu to zdanie prawie nigdy nie jest argumentem. Fakt, że ktoś czegoś nie przeczytał, nie oznacza jeszcze, że może się od tego uwolnić.
W tym tekście nie będę Cię przekonywał, że „trzeba czytać umowy”. To oczywiste. Pokażę Ci, dlaczego w sporze budowlanym samo „nie wiedziałem” jest zbyt słabe, żeby cokolwiek zmienić.
Błąd to nie to samo co brak uwagi
Kodeks cywilny dopuszcza możliwość uchylenia się od skutków oświadczenia woli złożonego pod wpływem błędu (art. 84 k.c.).
Brzmi obiecująco, prawda? Ale w praktyce pojawiają się dwa filtry.
Po pierwsze – jeżeli oświadczenie było złożone drugiej stronie (a w kontrakcie budowlanym zawsze jest), ta druga strona musiała w tym błędzie „maczać palce” albo co najmniej wiedzieć o nim lub móc go łatwo zauważyć.
Po drugie – błąd musi być istotny. Taki, który uzasadniałby tezę, że gdybyś oceniał sprawę rozsądnie i nie działał pod wpływem błędu, w ogóle nie złożyłbyś takiego oświadczenia. To nie jest drobna pomyłka w przecinku. To musi być „wielbłąd”.
Nie przeczytałem” prawie nigdy nie jest błędem
Sąd patrzy na sytuację chłodno.
Jeżeli ktoś podpisuje papier decydujący o jego prawach lub obowiązkach, to przyjmuje na siebie konsekwencje tego podpisu. Brak lektury dokumentu jest jego ryzykiem, nie ryzykiem drugiej strony.
Przy tempie wydarzeń na budowie opcja „bez czytania” nie jest wcale rzadka. Później wraca z wyjaśnieniem:
– „Nie wiedzieliśmy, że jest taki rygor”,
– „Nie zwróciliśmy uwagi na ten dopisek”,
– „Nie zauważyliśmy, że przejmujemy dodatkowe ryzyko”.
To nie są błędy w rozumieniu przepisów. To są zaniedbania. A zaniedbanie rzadko daje podstawę do wyjścia z sytuacji obronną ręką.
Kiedy sytuacja przestaje być oczywista?
Są jednak przypadki, w których temat przestaje być czarno-biały.
Sądy wyciągały ludzi z problemów spod znaku „nie doczytałem” w przypadku negocjowania umów. Na przykład wtedy, gdy:
- treść umowy została zmieniona na ostatnim etapie negocjacji,
- istotne postanowienie zostało „schowane” w sposób odbiegający od standardu,
- druga strona miała świadomość, że podpisujesz dokument w innym przekonaniu co do jego treści.
W takich sytuacjach zaczyna się rozmowa o tym, czy rzeczywiście doszło do błędu istotnego i czy druga strona nie powinna była tego zauważyć.
Ale to to już nie jest kwestia samego „nie przeczytałem”. To jest kwestia scenariusza, w jakim doszło do podpisania umowy.
Argument ostatniej szansy
W sądzie często pojawia się jeszcze jeden wątek – poczucie rażącej niesprawiedliwości. Narracja w stylu: „Gdybyśmy wiedzieli co jest na papierze, nigdy byśmy go nie podpisali”.
Czasem ten argument zyskuje znaczenie w szerszym kontekście – przy ocenie zgodności treści dokumentu z zasadami współżycia społecznego albo przy analizie równowagi kontraktowej.
Ale to jest argument ostatniej szansy. Nie fundament strategii.
Wspólny mianownik: podpis jest decyzją, nie formalnością
W kontraktach budowlanych podpis pod dokumentem to nie czynność techniczna. To moment przeniesienia ryzyk.
Sąd wychodzi z założenia, że profesjonalny wykonawca wie, co robi. Jeżeli chce później podważyć skutki swojego oświadczenia woli, musi wykazać coś więcej niż brak czasu albo pośpiech.
Dlatego „nie przeczytałem” rzadko wygrywa spór. Wygrać może analiza mechanizmu, w jakim doszło do podpisu.
Szczegółowo omawiam ten mechanizm w filmie:
Podpisałeś dokument, który dziś pracuje przeciwko Tobie?
Każdy przypadek uchylania się od skutków oświadczenia woli wymaga analizy konkretnej sytuacji: treści dokumentu, przebiegu negocjacji, korespondencji i zachowania drugiej strony.
Jeżeli odpowiadasz za kontrakt o istotnej wartości i masz wątpliwość, czy przy podpisywaniu dokumentu nie doszło do przekroczenia granic dopuszczalnego działania — opisz sytuację w kilku zdaniach:
biuro@kancelariamroz.pl | 577 665 077.



Napisz komentarz